::strona główna::
sylvaticumblog - archiwum: zen

zen


Dziś postanowiłam znienawidzić obiekt mych westchnień...
Zostałam wysłana przez leśniczego na 5, słownie: pięć godzin do cechowania trzebieży, co jest samą przyjemnością i rozkoszą, jednakże 5 godzin w towarzystwie pana Ręce-Które-Leczą, wypełnione cudzymi-sprawami-rozwodowymi, cudzymi-komornikami, cudzymi-brudami i zen oraz innymi przejawami azjatyckiej mądrości doprowadziło mnie na skraj obłędu.
No może źle napisałam, na skraju tkwię na ogół, a ten radosny czas doprowadził mnie nieco bliżej obłędu niż zwykle...
mogłam się mu przyjrzeć niejako twarzą w twarz.
Moje niezłomne postanowienie, aby być osobą przyjazną, otwartą i optymistyczną zasłonił wielki cień podleśniczego. Tkwię w tym cieniu do tej chwili.
W związku z tym, wracając do biura postanowiłam znienawidzić sprawcę mych cierpień.
Niestety nie powiodło się nawet to.
Po powrocie do leśniczówki powitał nas upojny zapach pieczonej gęsinki. Leśniczy leśnictwa położonego zgodnie z moimi informacjami na samym końcu świata jest dziwnym człowiekiem i potrafi mnie zaskakiwać, co nie zdarza sie zbyt często. Ponad to potrafi gotować.
Co jest jeszcze bardziej niezwykłe, moje zadziwienie sprawia mi przyjemność.
Postanowienie znienawidzenia odkładam na półkę, on chyba po prostu zalicza się do tej kategorii ludzi, którym mogę wybaczyć absolutnie wszystko - nawet zesłanie w towarzystwie człowieka Ręce-Które-Leczą na długie godziny.
Poczęstunek był przepyszny, po raz pierwszy jadłam dziką gęsinę i jedynym problemem było pilnowanie, by nie pożreć śrutu. Oby więcej takich problemów.


sylvaticum 2007-01-09 19:52:38
skomentuj (0)