::strona główna::
sylvaticumblog - archiwum: Miłość a nerka...

Miłość a nerka...


Na stażu jestem od połowy października.
Zakochać zdążyłam się od tego czasu trzy razy. Rzetelnie przyznałam się Kotu do wszystkich miłostek, reakcja nie była jednak satysfakcjonująca:
"taaa, znowu? a ile on ma dzieci?".
Nie takiej reakcji ma prawo spodziwać się kobieta po 5 latach związku. I jak tu być ofiarą namiętności?? Po prostu klapa.
Niestety świadczy to o tym, że zakochuję się stanowczo za często i na nikim to wrażenia już nie robi.
Fakt, że ostatnie obiekty mych uczuć są wielodzietne i starsze ode mnie lekko 15 lat też zbyt dobrze o moim guście nie świadczy.
Obecnie utrzymuję, iż zły wpływ ma na mnie tzw. natura. Jakieś tam ptaszki, zajączki i inny rozwiązły badziew. Krótko mówiąc otaczają mnie złe przykłady poligamii, co wpływa na mnie demoralizująco.
I tyle.
Gdybym sama poważnie brała te wszystkie porywy mojego serca (i innych części ciała), to realizować musiałabym się jako dama lekkich obyczajów, do tego kobieta wiecznie nieszczęśliwa.
A tak, zakochana jestem w chwilach wolnych.

Dziś do tego jestem stara i chora. Wystarczyło do tego kilka godzin z lokalnym, absolutnie aseksualnym, a wręcz antyseksualnym podleśniczym. Człowiek ten, w kręgach leśnych zwany "ręce, które leczą" na podstawie stawiania przeze mnie stóp zdiagnozował u mnie chorobę nerek, a konkretnie fakt, że moja prawa nerka wisi.... Nie wiem co to może oznaczać, ale jako typowy hipochondryk poczułam się źle, co chwila biegam siusiu i rzeczona nerka mnie boli.
Potencjalnie obdarzona jestem jeszcze kilkoma swojskimi, a może właśnie egzotycznymi schorzeniami. Jestem nieszczęśliwa, zakochana i obolała. Mam nadzieję, że jutro będę łazić po lesie z atrakcyjnym leśniczym, zamiast z człowiekiem obarczającym mnie wiszącą nerką.


sylvaticum 2007-01-08 18:16:08
skomentuj (0)