::strona główna::
sylvaticumblog - archiwum: Malamut.

Malamut.


Pierdolony, atakujący zza krzaków malamut.
Ryk, wrzask, wielka przerażona baba (czyli ja) z buta potraktowała wielkiego gryzącego skurwysyna.
Pies wypluł psa i długa.
Wielka, znerwicowana baba opierdoliła biedną gimnazjalistkę słowami z grubsza niecenzuralnymi za to, że tamta się roześmiała (z bliżej nie znanych powodów, lecz znając życie, jak najbardziej niewinnych).
Wielka wkurwiona baba patrząc przez czerwoną mgiełkę zadzwoniła na straż miejską i chyba coś krzyczała w słuchawkę...

***

Jestem przerażona, tym razem się udało, ale ten .... pies cały czas gdzieś tutaj lata bez żadnego nadzoru.
Jest wielki i zły, a ja nie mogę schować mojego psa w szafie do odwołania.
Gdy czerwień zaczęła schodzić zadzwoniłam jeszcze raz do strażaków - nie znaleźli go.
Wieczorem dowiedziałam się, że wyżej wymieniony malamut przed bramą mojej kamienicy poszarpał jakiegoś kundelka, potem dał się potrącić przez samochód, a następnie pognał gdzieś dalej.
Nie wiem, czy z kolejnego starcia uda się wyjść bez większych strat.
Mam taką nadzieję.
Coś nie za dobrze ten miesiąc się zaczyna, a 14 grudnia mam iść na polowanie zbiorowe, w nagance.
Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy to był taki dobry pomysł...


sylvaticum 2006-12-05 21:17:57
skomentuj (0)