Mój Osieł przeprowadził się w końcu na Śląsk. Z sielanki wyszły jak zwykle nici, bo pomimo, iż mieszkamy razem od tygodnia, to widzieliśmy się jakieś 2 lub 3 razy.
Niech żyją normalne godziny pracy!!!
Osieł pracuje na 14, 15 lub 21:30. Sprowadza się to do tego, że nie widujemy się praktycznie wogóle. Gdy on śpi, ja wstaję do pracy; gdy on wychodzi do pracy - ja z niej wracam; a gdy ja już śpię, on wraca do domu. Taki układ może być gwarantem długiego związku...
W pracy norma, leśniczy uroczy jak zwykle, podleśniczy jak zwykle koszmarny, czyli równowaga we Wszechświecie zachowana.
Wczoraj zostałam zaproszona na urodzinowe ognisko jednego z pracowników tamtejszego ZUL-u. Siedzieliśmy w sześćioro: leśniczy, ex-podleśniczy (obecny nie został przewidziany), solenizant wraz z pozostałą dwójką pracowników i ja. Strasznie fajne chłopaki, lecz niestety nie mogłam zbyt długo z nimi posiedzieć.
Na przystanku natknęłam się na młodszego syna leśniczego, niby nic takiego, ale oboje staraliśmy się nie oddychać w swoją stronę, ja ze względu na urodzinowe piwo, które wypiłam, on ze względu na papierosa, którego prawie udało mu się schować. Obustronna dyskrecja gwarantowana.
Przywieziono mi zamówioną kanapę. Nie wiem co za kretyn skończony wymyślił, że z tapczanu móżna zrobić puzzle. Otrzymałam go w milionie części.
Z inżynierską pomocą ruszyła Siostra. We dwa inżynierskie łby udało się nam finalnie ustalić, że jakiś imbecyl dał albo za krótkie śrubki, albo nawiercił zbyt głębokie otwory. Rezultat jest taki, iż moja szacowna osoba śpi na podłodze na rozłożonym materacu. I tak przez najbliższe dwa tygodnie, gdyż taki jest czas oczekiwania na wynik reklamacji.
Osieł pobił wczoraj wszystko, nawet pułapkę na myszy, którą leśniczy wozi w samochodzie, a mianowicie pozwolił łaskawie, aby sąsiad wyniósł z mieszkania na swoich plecach dwa, teoretycznie niepotrzebne tapczany, załadował je na samochód i wywiózł na wysypisko śmieci, po czym grzecznie się pożegnał i poszedł soboie do mieszkania. Jakoś nie skojarzył, że może trzeba zapłacić za pomoc i wywóz, a sąsiad się nie upominał... Generalnie podejście miał słuszne, ale jakoś tak głupio z człowieka idiotę robić.
sylvaticum 2007-01-20 20:17:41
skomentuj (1)
Poważnie podejrzewam, że mam pchły.
Mój pies nie ma, gdyż rozsądnie zakropliłam go przeciwko tym niesympatycznym insektom. Po czasie żałuję, że jego, a nie siebie. Potencjalne pchły wzięły ze mną prysznic i ujawniają się niemalże jak bóle fantomowe.
Generalnie miałam bardzo przyjemny dzień. Dziś mój wielki pluszak (czyt. pies) pojechał ze mną do pracy. Przez te kilka godzin zasuwał radośnie po lesie, a teraz śpi i śmierdzi (a obie te rzeczy robi nadzwyczaj intensywnie i z dużym zaangażowaniem). Udało mu się nawet upieprzyć farbą strzelonej łani i dzika, ale trochę się ich bał.
Dzisiejeszym łupem jest kiełbasa z dzika. Chwilowo podchodzę do niej z dystansem, bo boję się włośnia, ale jak mi przejdzie (tak koło niedzieli) to będzie jak znalazł. Poza dziką kiełbachą w zamrażalniku spoczywa gęś i czeka na upichcenie. Gęś też zdobyczna i dodatkowo faszerowana śrutem.
Albo muszę wziąść pod uwagę, że jestem za chuda i leśniczy chcę mnie dokarmić, albo jest strasznie sympatycznym osobnikiem. Patrząc nie tylko na moją tuszę zmuszona jestem przyznać, że to drugie jest prawdziwe.
Nieopatrznie zdradziłam w jego towarzystwie, iż chciałabym nauczyć się strzelać.
Mój błąd wziął się stąd, że zwykle nie przebywam wśród tak miłych ludzi jak on i nie przewidziałam, iż weźmie od razu telefon i zadzwoni do organizatora kursu myśliwskiego. No i jestem na poniedziałek umówiona z tym ważnym panem na godzinę 17. Mamy porozmawiać na temat łowiectwa, członkostwa w PZŁ, wymaganiach, broni, kosztach i innych przerażających sprawach.
Zawsze przed umówionym spotkaniem z kimś kogo nie znam osobiście odczuwam delikatne ukłucie niepokoju, czy nie jest to aby, złośliwym przypadkiem Losu, jedna z osób, którą z jakichś ważkich przyczyn opieprzyłam na ulicy, w sklepie lub innych okolicznościach przyrody.
Już kiedyś doszłam do wniosku, że pewngo dnia naryczę na mojego przyszłego, potencjalnego pracodawcę...
sylvaticum 2007-01-11 16:41:55
skomentuj (1)
Dziś postanowiłam znienawidzić obiekt mych westchnień...
Zostałam wysłana przez leśniczego na 5, słownie:
pięć godzin do cechowania trzebieży, co jest samą przyjemnością i rozkoszą, jednakże 5 godzin w towarzystwie pana Ręce-Które-Leczą, wypełnione
cudzymi-sprawami-rozwodowymi,
cudzymi-komornikami,
cudzymi-brudami i zen oraz innymi przejawami azjatyckiej mądrości doprowadziło mnie na skraj obłędu.
No może źle napisałam, na skraju tkwię na ogół, a ten radosny czas doprowadził mnie nieco bliżej obłędu niż zwykle...
mogłam się mu przyjrzeć niejako twarzą w twarz.
Moje niezłomne postanowienie, aby być osobą przyjazną, otwartą i optymistyczną zasłonił wielki cień podleśniczego. Tkwię w tym cieniu do tej chwili.
W związku z tym, wracając do biura postanowiłam znienawidzić sprawcę mych cierpień.
Niestety nie powiodło się nawet to.
Po powrocie do leśniczówki powitał nas upojny zapach pieczonej gęsinki. Leśniczy leśnictwa położonego zgodnie z moimi informacjami na samym końcu świata jest dziwnym człowiekiem i potrafi mnie zaskakiwać, co nie zdarza sie zbyt często. Ponad to potrafi gotować.
Co jest jeszcze bardziej niezwykłe, moje zadziwienie sprawia mi przyjemność.
Postanowienie znienawidzenia odkładam na półkę, on chyba po prostu zalicza się do tej kategorii ludzi, którym mogę wybaczyć absolutnie wszystko - nawet zesłanie w towarzystwie człowieka Ręce-Które-Leczą na długie godziny.
Poczęstunek był przepyszny, po raz pierwszy jadłam dziką gęsinę i jedynym problemem było pilnowanie, by nie pożreć śrutu. Oby więcej takich problemów.
sylvaticum 2007-01-09 19:52:38
skomentuj (0)
Na stażu jestem od połowy października.
Zakochać zdążyłam się od tego czasu trzy razy. Rzetelnie przyznałam się Kotu do wszystkich miłostek, reakcja nie była jednak satysfakcjonująca:
"taaa, znowu? a ile on ma dzieci?".
Nie takiej reakcji ma prawo spodziwać się kobieta po 5 latach związku. I jak tu być ofiarą namiętności?? Po prostu klapa.
Niestety świadczy to o tym, że zakochuję się stanowczo za często i na nikim to wrażenia już nie robi.
Fakt, że ostatnie obiekty mych uczuć są wielodzietne i starsze ode mnie lekko 15 lat też zbyt dobrze o moim guście nie świadczy.
Obecnie utrzymuję, iż zły wpływ ma na mnie tzw. natura. Jakieś tam ptaszki, zajączki i inny rozwiązły badziew. Krótko mówiąc otaczają mnie złe przykłady poligamii, co wpływa na mnie demoralizująco.
I tyle.
Gdybym sama poważnie brała te wszystkie porywy mojego serca (i innych części ciała), to realizować musiałabym się jako dama lekkich obyczajów, do tego kobieta wiecznie nieszczęśliwa.
A tak, zakochana jestem w chwilach wolnych.
Dziś do tego jestem stara i chora. Wystarczyło do tego kilka godzin z lokalnym, absolutnie aseksualnym, a wręcz antyseksualnym podleśniczym. Człowiek ten, w kręgach leśnych zwany "ręce, które leczą" na podstawie stawiania przeze mnie stóp zdiagnozował u mnie chorobę nerek, a konkretnie fakt, że moja prawa nerka wisi.... Nie wiem co to może oznaczać, ale jako typowy hipochondryk poczułam się źle, co chwila biegam siusiu i rzeczona nerka mnie boli.
Potencjalnie obdarzona jestem jeszcze kilkoma swojskimi, a może właśnie egzotycznymi schorzeniami. Jestem nieszczęśliwa, zakochana i obolała. Mam nadzieję, że jutro będę łazić po lesie z atrakcyjnym leśniczym, zamiast z człowiekiem obarczającym mnie wiszącą nerką.
sylvaticum 2007-01-08 18:16:08
skomentuj (0)
Pierdolony, atakujący zza krzaków malamut.
Ryk, wrzask, wielka przerażona baba (czyli ja) z buta potraktowała wielkiego gryzącego skurwysyna.
Pies wypluł psa i długa.
Wielka, znerwicowana baba opierdoliła biedną gimnazjalistkę słowami z grubsza niecenzuralnymi za to, że tamta się roześmiała (z bliżej nie znanych powodów, lecz znając życie, jak najbardziej niewinnych).
Wielka wkurwiona baba patrząc przez czerwoną mgiełkę zadzwoniła na straż miejską i chyba coś krzyczała w słuchawkę...
***
Jestem przerażona, tym razem się udało, ale ten .... pies cały czas gdzieś tutaj lata bez żadnego nadzoru.
Jest wielki i zły, a ja nie mogę schować mojego psa w szafie do odwołania.
Gdy czerwień zaczęła schodzić zadzwoniłam jeszcze raz do strażaków - nie znaleźli go.
Wieczorem dowiedziałam się, że wyżej wymieniony malamut przed bramą mojej kamienicy poszarpał jakiegoś kundelka, potem dał się potrącić przez samochód, a następnie pognał gdzieś dalej.
Nie wiem, czy z kolejnego starcia uda się wyjść bez większych strat.
Mam taką nadzieję.
Coś nie za dobrze ten miesiąc się zaczyna, a 14 grudnia mam iść na polowanie zbiorowe, w nagance.
Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy to był taki dobry pomysł...
sylvaticum 2006-12-05 21:17:57
skomentuj (0)
Pokrótce:
udało mi się uzyskać dumnie brzmiące "mgr inż." przed nazwiskiem.
Ponad to, powróciłam z prowincjonalnego Krakowa do mojego zadu...eee... światłego miasteczka na rubieżach Śląska, oraz załapałam się na roczny staż w jednym z lokalnych nadleśnictw.
Tak przebiega chwilowo schemat mojej kariery zawodowej.
Prywatnie zaś (że tak powiem) po 5 letnim związku z moim osobistym osiełkiem i półrocznym z nim mieszkaniu, zmuszona zostałam do powrotu na łono rodziny i chwilowo On tam, ja tu.
Ponoć ma się to zmienić od 1 stycznia, uwierzę jak zobaczę.
Tak się mają fakty, takie "tytułem wstępu".
Część dalsza odarta będzie z wszelkiej spójności i innych niepotrzebnych bzdur, panować będą zaś chaos, burdel i zawierucha, gdyż zamierzam pisać o stanie mego ducha oraz swych odczuciach, które nijak mają się do rzeczywistości.
Za mną Czytelniku...
sylvaticum 2006-11-13 19:42:38
skomentuj (0)
Wczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna nie miałam nic do powiedzenia... metafizyka normalnie :)
Efektem jest moja trauma i chęć pieprznięcia magisterką w jak najdalszy kąt (pomijam tu chęć pieprznięcia magisterką w Wilka).
Od dwóch tygodni przygotowuję się do publicznego odczytu moich bredni i prawdę mówiąc nieco się tym denerwowałam. Na seminarium magisterskim zjawiłam się jako pierwsza, rozłożyłam te moje trzy rozdziały, zacisnęłam zęby i postanowiłam być bohaterska.
Gdy zjawili się trzej prowadzący, w tym mój promotor, zwany w dalszej części "Profesorem";), oraz około 20 studentów zamknęłam oczy i zaczęłam czytać. Profesor postanowił mnie wspierać przerywając średnio co 2 słowa, a po pierwszym zdaniu zerwał się ze stwierdzeniem, że musi biec kogoś tam znaleźć i jego obowiązki ma przejąć najstarszy stażem doktor zwany dalej "Wilkiem". No i poleciał...
Postanowiłam to zignorować, udając że jestem głucha i ślepa. Wznowiłam czytanie, lecz nie dane mi było dotrzeć nawet do połowy pierwszej strony, gdy Wilk zażądał bym streściła swą pisaninę do najważniejszych spraw i zamknęła całość w 7 minut. Świetny pomysł swoją drogą, można by zaoszczędzić masę czasu czytając same nagłówki. Na moje pytanie, czy w ten sam sposób czytają prace recenzenci i skąd mam wiedzieć, czy moja praca jest odpowiednio skonstruowana Wilk odparł, że Profesor powinien ją sam sprawdzić, a nie kazać mi ją czytać przy wszystkich. Z charakterystyczną dla siebie prawdomównością i brakiem zahamowań stwierdził, że jest to nudne, i on - Wilk, zaraz tu umrze, lub przynajmniej zaśnie, bo go to nie interesuje i najlepiej powiedzieć Profesorowi, że przeczytałam ją przy wszystkich... Jedynie kochany Ping - Pong, trzeci z prowadzących, cichutko stwierdził: "pozwólcie dziewczynie czytać", jednakże jego szepty za moimi plecami zagłuszone zostały autorytarnymi rykami Wilka...
Myślałam, że z Wilka zrobię dywanik...
Przyznaję, dalsza część seminarium była interesująca, każdy mógł zapytać o kwestie dotyczące swej pracy. Ja również skorzystałam, bo nie dość, że doradził mi w kwestii magisterki i jej białych dziur, to jeszcze dał mi cenne źródło do metodyki, ale mimo wszystko skoro ja wysłuchałam już kilku takich odczytów, to chyba inni też by mogli wysłuchać moich. Wychodzi na to, że będę jedyną osobą, którą pozbawiono takiej możliwości.
Gorsze jest jednak to, że Wilk prosto w twarz powiedział Profesorowi, że czytałam i najlepiej będzie jeśli Profesor sam przyjrzy moją pracę. Na moje nieszczęście Profesor stwierdził, że skoro czytałam, to on nie uważa za konieczne jej czytać, tym bardziej jeśli Wilk nie ma żadnych uwag....
Kolejną możliwością oddania pracy do przeglądu będzie dopiero jej oddawanie w całości... No i tak oto znalazłam się w dupie. Nie mogę nawet iść do Profesora i powiedzieć, że nie czytałam, bo Wilk mi tego nie puści. Tak więc, gdy w końcu oddam prace, okaże się że poprawić mam wszystko...
Aż się żyć chce.
sylvaticum 2006-03-08 13:58:15
skomentuj (0)